Zdesperowane kobiety są zdolne do wszystkiego

15:47



„Gotowe na wszystko” – chociaż wolę o nich mówić po prostu „Desperatki”. Najlepszy serial, jaki widziałam. Najbardziej trafiający w mój serialowy gust, w mój humor, w moje upodobania, po prostu we wszystko. Zakochana i oczarowana byłam już od pierwszych odcinków, które oglądałam późną nocą (tak mi się wydaje, ale właściwie to chyba tylko wyobrażenie, bo pewnie to była jakaś 22:00, tak czy inaczej pamiętam, że to była niedziela, ale pewnie okaże się, że to nie była wcale niedziela, ale powiedzmy sobie szczerze: jakie to ma znaczenie?) w pokoju babci.
Właściwie oglądałam mniej więcej na bieżąco i seanse wszystkich sezonów daleko za mną, ale całkiem niedawno zamówiłam sobie książkę zawierającą kilkanaście felietonów na temat serialu. Każdy jest zupełnie inny, napisany przez inne kobiety, których nazwiska absolutnie nic mi nie mówią, ale właściwie nie muszą.
Początkowo planowałam opowiedzieć Wam o książce, ale tak właściwie nie za wiele mogę napisać, bo… była nijaka. Przykro mi to mówić, ale chociaż przeczytałam ją właściwie całkiem lekko i nie miałam ochoty wywalić publikacji przez okno, nie uważam też, że wniosła coś nowego do mojej opinii na temat serialu. Nie zrobiłam też wielkich oczu i nie krzyczałam: „Jak ja mogłam tego nie zauważyć!!!”, ponieważ zauważałam i pewnie zauważył każdy inny fan tego serialu. Jednak im dłużej czytałam, tym bardziej miałam ochotę na powrót do moich ulubieniec. Włączyłam więc pierwszy sezon i przypomniałam sobie za co tak bardzo pokochałam tę czwórkę.
Nie będę recenzować serialu, nie widzę sensu. Nie opowiem o ulubionych scenach, nie będę wybierać najprzystojniejszego mężczyzny na Wisteria Lane. Nie, nie, nie.

Masz przerwę? Świetnie. Porozmawiamy więc o Bree.

Dlaczego? Ponieważ to właśnie Bree jest moją ulubioną bohaterką serialu. Kocham je wszystkie, ale to ruda Pani Perfekcyjność zdecydowanie zasługuje na miano mojej faworytki.
Zacznijmy od tego, że jestem fanką tego, co piękne. Oczywiście według mojego gustu, bo jakże inaczej? I uroda Marcii Cross jest dla mnie po prostu zjawiskowa. Jest w niej coś… monumentalnego? Dostojnego, może tak to określę. Od rudego koloru jej włosów do niemal porcelanowej cery i świetnej figury. Nie będę jednak mówić o aktorce. Wróćmy do idealnej Bree Van De Kamp. Pięknej, perfekcyjnej Bree.
Uważam, że jest to jedna z najlepiej zagranych ról serialowych. Jasne, jej cechy muszą być wyostrzone, czasami karykaturalne, ale matko, jak ta postać jest poprowadzona! Bree to idealny przykład fenomenalnego ukrywania uczuć. I to nawet nie jest denerwujące, bo od początku czuje się, że cała ta idealność jest po prostu świetnie wypracowanym pancerzem. Obroną przed tym, co miało miejsce w przeszłości, próbą naprawienia tego, co gdzieś tam kiedyś nie było takie, jak być powinno.
To nie jest sukowatość, brak uczuć, chora głowa, to jest po prostu genialna kreacja. Lekarstwo, które sprawiło, że było łatwiej.
Miliony masek, jakie zakładamy każdego dnia – a niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie ma żadnej – pomagają nam bronić nie tylko przed ludźmi, przed którymi nie chcemy ujawniać prawdziwej twarzy, lecz także przed sobą. Najgorszymi instynktami, które mogą się w nas obudzić. Emocjami, które rozkwitały latami w głowie. Maska staje się po prostu przebraniem, które pasuje na tyle idealnie, żeby móc sobie wmówić, że to nasze najwygodniejsze ubranie. I o ile jest prościej? I o ile bezpieczniej?
Kiedy już jednak Bree zrzuca maski, wyzbywa się wszelkich zahamowań jakie posiada, kiedy już pozwala sobie na słabość, jaką w jej mniemaniu jest okazywanie uczuć… Pokazuje najprawdziwsze, najgłębiej schowane emocje, które gdyby mogły, poruszyłyby góry i wybiły wszystkie okna.
Przemiana jaka zachodzi w bohaterce, jej „upadki”, delikatne, powolne zrywanie z maską idealności, każda, nawet najmniejsza próba wyrażenia emocji twarzą – nikt nie zagrałby tego lepiej! Wszystko jest tak dokładnie dopracowane, że gdyby Bree Van De Kamp istniała, na pewno ona napisałaby tę postać. Dopracowała w milionie szczegółów. Zdecydowanie tak. Z pewnością.


Nie wiem dla kogo „DH” to serial idealny (oprócz tego, że dla mnie, mojej siostry i byłej współlokatorki – tutaj mam pewność!), nie wiem komu Z PEWNOŚCIĄ warto go polecić, ale dla pewności, jeżeli jeszcze nie miałaś/eś okazji, włącz pierwszy odcinek tego serialu. Jeśli poczujesz się zaczarowany, jesteś kupiony – jak miliony widzów na całym świecie – i życzę Ci przecudownych 8 sezonów, bo będziesz bawić się wspaniale!

Prawdopodobnie polubisz też:

4 komentarze

  1. Sprawiłaś właśnie, ze mam ochotę rzucić wszystko i postarać się odnaleźć sezon/odcinek na którym moja przygoda z nim się skończyła... :O Dla mnie to był zawsze intrygujący serial ale w dobie beznecia i bezkomputera zgubiłam się i potem już nigdy nie odnalazłam w DH :(((( A chcę! Pragnę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż nie wiem, czy mogę się przyznać, ale nie widziałem nawet pół odcinka ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to zmienić ;D

      Usuń

Polub mnie!

Instagram