Zapiski z wygnania - najbardziej poruszająca lekcja historii

20:49



Ulice Warszawy. Marsz ONR-u. Krzyk, agresja, przemoc, ogień - ale przede wszystkim strach. Strach, którzy łapie za gardło, zabiera powietrze, wyciska łzy. Nie, nie tych ludzi, którzy w tym uczestniczą. Mój strach - siedzącej na widowni i wpatrzonej w półprzezroczysty ekran, na którym wyświetla się finał spektaklu “Zapiski z wygnania”. Spektaklu, który koniecznie powinni zobaczyć wszyscy. Szczególnie ci, którzy uważają, że nie muszą.
Nie, to nie będzie recenzja - nie potrafię, nie czuję się na siłach, nie posiadam odpowiedniej wiedzy. To tylko i aż zapis emocji, które towarzyszyły mi podczas tej sztuki. Niezwykłej, wielkiej. Najbardziej poruszającej lekcji historii, w jakiej miałam okazję uczestniczyć.

Krystyna Janda nie gra.
Krystyna Janda stoi i mówi. Spokojnie, jednostajnie, czasami lekko się uśmiecha. Poruszają ją wypowiadane przez nią słowa i jest to wyraźne, bo choć stoi za wspomnianym ekranem, widzimy na nim zbliżenie jej twarzy. Kiedy nie mówi, widać, że sama ociera łzy.

Jej wspomnienia - a raczej wspomnienia Sabiny Baral - uzupełnione były także wierszami i śpiewem, który sprawiał, że pękało serce.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak podczas spektaklu. Bałam się oddychać, zastygłam i choć nie należę do osób, które się łatwo wzruszają, pozwalałam sobie jedynie na sięganie po chusteczkę. Mam wrażenie, że podobnie było z resztą publiczności - jeśli przerwano ciszę, to właśnie wzruszeniem, które łapało za gardło już od pierwszych chwil.

Te teoretycznie prosto przedstawione wspomnienia uświadomiły mi, jak trudny, niesprawiedliwy, zły był to czas. Jak okrutnie może postąpić człowiek, jak okrutnie może potraktować drugiego człowieka - tylko dlatego, że ocenia go przez pryzmat narodowości. Jak tak można?! Dlaczego teraz staramy się głęboko schować wstyd? Wybielić się? Nie potrafię tego zrozumieć i wiem, że nie uda mi się to, nawet jeśli spróbuję.

Najtrudniejszy jednak jest finał. Kadisz w kompletnej ciemności, podczas którego nie można oddychać, następnie wykrzyczane słowa wiersza:

My Żydzi Polscy... My, wiecznie żywi - to znaczy ci, którzy zginęli w ghettach i obozach, i my widma - to znaczy ci, którzy zza mórz i oceanów wrócimy do kraju i będziemy straszyć wśród ruin swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby to zachowanych dusz.  
My, prawda grobów, i my złuda istnienia, my, miliony trupów i kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby nietrupów; my, nieskończenie wielka bratnia mogiła; my, kirkut, jakiego dzieje nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie zmyje się ani śladów naszej krwi, ani piętna grzechów świata wobec nas.  
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano - tylko za to, że jesteśmy Żydami.  
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów. 
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego - i wystarczyło tej jednej śmierci, aby się stal Bogiem. Jaka religia urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w ostatniej rozpaczy ramion?  
My, Szlojmy, Srule, Mośki, parchy, bejlisy, gudłaje-my, których imiona i przezwiska prześcigną w dostojności brzemienia wszelkich Achillesów, Chrobrych i Ryszardów o Lwich Sercach.  
My, znowu w katakumbach - w "bunkrach" pod brukiem Warszawy, człapiący w smrodzie ścieków, ku zdziwieniu naszych kompanów - szczurów.  
My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z powietrza domostw; my, żołnierze wolności i honoru... "Jojne, idź na wojnę!" Poszedł, szanowni panowie, i zginął za Polskę.
My, którym "twierdzą był każdy próg" każdego walącego się na nas domu.  
My, Żydzi polscy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni, z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą, staroświecką dwururką...  
My, Hiobowie, my Nioby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych żydowskich Urszulek...  
My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych, pręgami pokrytych zwłok. 

My-krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że go najdalsze wieki usłyszą. 
My, Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachmim, którego stulecie będzie stuleciu przekazywać.  
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją, lepiej smakował chleb wolności.
(Julian Tuwim, MY, ŻYDZI POLSCY…)

I przede wszystkim tak dobitne pokazanie, jak mało mówi nam historia, jak niewiele nas uczy - pokazanie, że niebezpiecznie zatacza koło, tuż przed naszymi oczami! To marsz, o którym wspomniałam na samym początku. To WSPÓŁCZESNY marsz pełen przyzwolenia na nietolerancję, antysemityzm, rasizm, na wszystko, co w człowieku najgorsze. W XXI wieku. W stolicy naszego kraju!

Dziękuję - Sabinie Baral, Magdzie Umer, Januszowi Bogackiemu, muzykom… Ale przede wszystkim dziękuję Krystynie Jandzie. Za odwagę, za niesamowity, ogromny talent, za siłę i za to, że jest.

Idźcie na “Zapiski z wygnania”, idźcie koniecznie!


“Nas nie ma, a antysemityzm jest już tylko waszym problemem”.

Prawdopodobnie polubisz też:

0 komentarze

Polub mnie!