/Okrutnie nudne dzieciństwo

Okrutnie nudne dzieciństwo

Bardzo nudnymi dzieciakami byliśmy, a jeszcze nudniej wyglądały nasze dni. Zero komputera, zero telefonów, a tablety jeszcze nie istniały… Totalnie nie mieliśmy nic do roboty!

Pamiętam jak godzinami staliśmy po dwóch stronach siatki czy płotu i odbijaliśmy piłkę. Robiliśmy sobie zawody, cieszyliśmy się każdym pobitym rekordem i woleliśmy to, niż siatkę. Poziom hard znajdował się przy mojej bramie wjazdowej, która była najwyższa i trzeba było się jednak troszkę natrudzić. Czasami nawet znalazł się ktoś dorosły chcący dołączyć i kto miał go w drużynie, automatycznie stawał się wyższy o 10 cm. Początkowo nasza sportowa kariera działa się przede wszystkim na moim podwórku, ogródek wydeptany i krzycząca mama, ale i tak przecież w końcu pozwalała. Później przenieśliśmy się do sąsiada i jedna drużyna zawsze znajdowała się na drodze (+zakręt), ale jakoś nigdy nam to nie przeszkadzało, szaleńcza gra była po prostu raz na jakiś czas przerywana autem, rowerem czy też człowiekiem z pieskiem lub bez. Zdarzało się, że graliśmy tylko we dwójkę, czasami zbierała się większość dzieciaków i jakoś nam szło. W zasadzie było dość fajnie, może nawet bardzo fajnie, skoro spędzaliśmy tak całe dnie. Następnie drugi sąsiad zrobił na podwórku siatkę, taką “prawdziwą” choć prowizoryczną i grze nie było końca. 

Oprócz odbijania i rekordów mieliśmy okresowe fascynacje podwórkowym palantem na mojej łące, nie pamiętam skąd wzięliśmy kije, ale były (i to jakie!), bazy, linie, drużyny, ahhh – co to były za emocje! Chyba, że akurat ktoś dostał kijem w brzuch (czyt. ja?). Poza tym królowały jeszcze znane wszystkim dwa ognie, choć czasami był problem ze skompletowaniem drużyny, a chłopcy zbijali tak mocno, jak tylko się dało, mimo gróźb z naszej strony. Do sąsiada chodziło się pograć w kapki, chociaż to nie była równa walka, gdyż chłopcy robili po 50, kiedy my byłyśmy zadowolone z 6 i uważałyśmy to za duży sukces. I często karniaki szły do nas i nie były wcale takie lekkie, jak obiecywali… 

Pomijając wszelkie gry (a i podchody się zdarzały, takie “po całej wsi”, a co!, no i te wszystkie berki, chowanki, blabla) popularnością cieszyły się też pagórki obok mojego domu, które do dzisiaj nazywamy po prostu “górkami”. Dużo miejsca i ogromna wyobraźnia. Podział na 4 części i spędzanie największej ilości czasu w części 2. Część pierwsza posiadała domek na drzewie, który był chyba najlepszym co udało nam się stworzyć. Spędzaliśmy na nim dużo czasu i zajarani byliśmy strasznie! Obok niego było coś na co poświęcaliśmy ogromną ilość energii, mianowicie wyrwany fragment górki, glina na której można było zjeżdżać na butach, świetna zabawa, próby nietrafiania w drzewo, robienie schodków na górę… To było bezbłędne! Przez jakiś czas w tej części mieściła się także dość szeroka kładka na strumieniu oddzielającym górki od mojego podwórza, na której skakaliśmy do woli i sprawiało nam to taką radość, jakby to była trampolina. Druga część była największa. Poza tym posiadała wiele głazów, które wielkością i położeniem przypominały stoły, krzesła, łóżka – każdy miał swój pokój, każde drzewo i każdy kamień do czegoś służył, mieliśmy kuchnię, salon, siłownię, własny sklep i dziesiątki innych pomieszczeń. Jeden z pokoi był bardzo ładny i zielony, dlatego nazywaliśmy go Herbu Zielona Pietruszka, a kiedy kwitły zawilce i cała ta część stawała się biała, kolor Zielona w nazwie zmienialiśmy na Biała.

Zauważyliśmy także inne zastosowania drugiej części górek, mianowicie przez dłuuugi, dłuuugi czas ćwiczyliśmy wytrwale na gałęziach. Już tłumaczę – 3 gałęzie były proste i dość cienkie, acz wytrzymałe i przypominały drążek. Uczyliśmy się więc różnych wymyków, fikołków, zawieszaliśmy się na nogach i układaliśmy przeróżne kombinacje. Najpierw na najmniejszej gałęzi, następnie zauważyliśmy 2 większe, na których potrzebne były większe umiejętności. Pamiętam, że zaczynając te nasze wygibasy drzewne potrafiłam tylko zrobić fikołek do tyłu na najmniejszej gałęzi. Potem zaczęłam zawieszać się na nogach. W końcu zebrałam się w sobie i zrobiłam fikołek/wymyk (nie wiem, jak to się nazywa) w przód, co było ogromnym powodem do dumy i pokazywałam go każdemu, a na przerwie w szkole mogłam się pochwalić swoimi umiejętnościami. Przeniosłam się następnie na wyższą gałąź i byłam już naprawdę ekspertem! Teraz jak tak o tym pomyślę, to pewnie ta najniższa gałąź jest tak niziutka, że sięga mi do kolan… Prawdę mówiąc nie wiem, bo nie byłam tam kilka dobrych lat… Chyba się wybiorę z czystej ciekawości. Właściwie wszystkie trasy pamiętam do dziś, każdy kamień i najprostsze drogi – ciekawe czy coś się zmieniło… Odkryliśmy również pewnego wieczora, kiedy robiło się już szaro, że kiedy pocieramy kamyczkami o największy głaz lecą piękne iskry. Tym samym przez jakiś czas, kiedy robiło się szaro biegliśmy tam i bawiliśmy się, że to nasza praca. Szybko się to znudziło, ale radości z każdej iskry było co nie miara!

W 3. części owych górek było miejscami dość stromo, główną atrakcją było to, że robiliśmy tam sobie pułapki. Jakieś żyłki, dziury przykryte liśćmi – matko! Mogliśmy sobie poobcinać i połamać wszystko… Ale nie było to wtedy dla nas niebezpieczne – bynajmniej! W 4. i najmniejszej części było idealne miejsce na domek, jednak sąsiedzi widzieli nas tam niechętnie, a ta część była ich własnością. Czasami się nam udawało i mogliśmy sobie tam “pomieszkać”. Najlepsze w tym wszystkim, oprócz nielegalności, było to że korzenie dwóch drzew tworzyły schody i wszystko wyglądało totalnie jak w domu. 
Oprócz jedynego domku na drzewie były też szałasy! Pamiętam 3 z nich. Jeden w naszym sadzie, obok najgłębszego stawu, przy płocie gdzie mieściła się jabłoń z najlepszymi jabłkami. Nie pamiętam z czego robiliśmy ten szałas, ale wydaje mi się, że z pałek szerokolistnych (tak one się nazywają?), których było pełno w trzecim stawie. Drugi robiliśmy kilkakrotnie w dolnej części 2. górek. Trzeci zrobiłam z moją przyjaciółką z dzieciństwa w 3. części górek z czegoś, co rośnie przy rzekach, a co my nazywaliśmy bambusami… Miał on nieco szpiegowskie przeznaczenie i miło spędzałyśmy tam czas. 

Zimą szukaliśmy wszelkich możliwych miejsc do jazdy na sankach. Najczęściej korzystaliśmy z 3 miejsc. Jednym z najbardziej znanych miejsc była górka u moich sąsiadów, gdzie w szczytowym okresie spotykała się większość miejscowych dzieciaków i choć nie była duża to my, malutcy, miejsca widzieliśmy dość sporo i zjeżdżaliśmy jak szaleni, spędzając tam długie godziny. Przenieśliśmy się na jakiś czas w 3. część górek, gdzie zjeżdżało się wprost to wielkiej dziury, zabawa była przednia, bo niczym skoki narciarskie. Szybko jednak zrezygnowaliśmy, bo w dziurze było zbyt dużo kamieni i każdy nieraz potłukł sobie boleśnie tyłek. Kiedy byliśmy troszkę starsi, zrezygnowaliśmy z pierwszego wspomnianego tu miejsca i przenieśliśmy się nieco dalej. Obok domu wspomnianej wyżej przyjaciółki była dość wysoka górka, najczęściej przebywało tam niewiele osób i to się nam w zasadzie podobało. Nie wiem, jak to wyglądało u Was, ale my chociaż posiadaliśmy sanki i joja/jabłka, woleliśmy kiedy tato wpakował w wielki worek siano – to dopiero była prędkość! A zjeżdżanie na workach tyłem? A zjeżdżanie tyłem z zamkniętymi oczami – odlot! 
Myślę, że godnym przypomnienia jest również murek obok mojego domu, z którego skakaliśmy na odległość. I domek za żywopłotem, gdzie nikt nas nie widział, a my widziałyśmy wszystko i wszystkich. Chodzenie nad rzekę, robienie tamy… Mogłabym o tym mówić godzinami. Stawy w moim ogrodzie, jeden płytki, w którym się pluskaliśmy kiedy była woda, kolejny głęboki, którego się baliśmy, a trzeci – trzeci pełen labiryntów! Kiedy wody już nie było, a zostały wyłącznie te pałki szerokolistne, w największym stawie urządzaliśmy korytarze, szukaliśmy śladów mieszkających tam sarenek… 

Nie było kiedy się nudzić… Chyba. Bo narzekaliśmy na nudę cały czas!
Wszystkiego najlepszego, dzieciaczki!